Rozdział 12
Chloe
Podróż strasznie mi się dłużyła, chociaż czego można oczekiwać, skoro musiałam przejechać na drugi koniec kraju. Za oknem krajobraz pozostawał niezmienny, wszędzie te same widoki, nic nowego. Czułam sie jakbym jechała w pętli bez końca. Jednak niebawem mój środek transportu wtoczył się na jedną ze stacji, którą nie było Galway.
Od dość długiego czasu nie widziałam się ze starszym bratem, a nawet nie miałam z nim kontaktu, ale poruszyła mnie jego śmierć. To w końcu moja rodzina. Ta sama krew.
Po jakichś niecałych trzech godzinach dotarłam do mojego rodzinnego miasta, gdzie już się ściemniało. Pogoda nie rozpieszczała.Wiało jakby zanosiło się na sztorm, aż drzewa uginały sie do samej ziemi, a na niebie krążyły niebezpiecznie ciemne chmury. Westchnęłam na myśl, że dalszą drogę będę musiała pokonać pieszo, gdyż nie mieszkałam aż tak daleko od stacji.
Nim rozpoczęłam swój spacer do domu, ktoś mnie zawołał:
-Chloe! Chloe! Wsiadaj!- obejrzałam się za siebie i ujrzałam Patricka w czarnym samochodzie. Mój o rok młodszy brat miał niecałe metr osiemdziesiąt wzrostu, brązowe włosy oraz czyste jak woda spokojne niebieskie oczy. Na sobie nosił granatową koszulkę z jakimś chińskim napisem oraz skórzaną kurtkę.
-Co ty tu robisz?- zapytałam wsiadając do całkiem niestarego auta.- I skąd ty masz prawo jazdy?
-Zdałem sobie. Ciągle zapominasz, Chloe, że jestem od ciebie tylko o rok młodszy.- zarzucił bieg i ruszył w stronę naszego domu.
-Dobra, nie było pytania.
-A odpowiadając na pierwsze pytanie: odbieram cię z dworca. Dziadek poprosił bym to zrobił, bo sam już nie da rady.
-Czy on...?- nie dałam rady dokończyć zdania, bo czułam w gardle piekący żar.
-Nie wiem. Ciężko jest to stwierdzić. Na razie jakoś się trzyma, więc nie jest źle- odparł optymistycznie.
-A co z resztą?
-Dzieciaki całkiem dobrze się mają, babcia też, a mama... No, mogło być gorzej- streścił mi krótko.
-To mnie pocieszyłeś...- fuknęłam wyglądając za okno. Powoli już zaczynało kropić.
-A jak wykłady, podobają się? Czegoś nowego się nauczyłaś?- szybko zmienił temat, za co szczerze mówiąc byłam mu wdzięczna.
-Noo są całkiem ciekawe, pewnie by ci się spodobały. Lubisz tego typu lekcje.
-Jak zdam mature, to zapiszę się na twój uniwerek- wyszczerzył do mnie swoje proste i białe zęby w uśmiechu. Dobrze się dogadywałam z Patrickiem, chyba najlepiej z całego mojego rodzeństwa. Potrafiliśmy nawiązać ze sobą trwałą nić porozumienia. I w sumie to chyba tylko jego bym zniosła u siebie na kampusie niż resztę dzieciaków. Wiem, że on sam sobie poradzi i nie jest ode mnie tak uzależniony, więc nie musiałabym go pilnować.
W końcu dotarliśmy do naszego mieszkania, które było utrzymane w nienagannym porządku- pewnie zasługa babci i Patricka. Moje młodsze rodzeństwo przywitało mnie z udawaną radością, babcia przytuliła mnie czule, a do dziadka musiałam sama przyjść. Leżał przykuty do łóżka z niemrawą miną, ale kiedy mnie spostrzegł od razu się rozpogodził.
-Oto i moja najstarsza wnuczka przybyła- rozłożył szeroko ręce, a ja wdzięcznie się do niego przytuliłam.- Opowiadaj jak tam w świecie ci idzie? Radzisz sobie?
-Oj dziadku, przecież mówiłam ci przez telefon. O, właśnie. Przywiozłam troche słodyczy dla was- szybko wróciłam do swojej walizki w przed pokoju, która dziwnym trafem zniknęła.
-Connor, Grace, Emilly! Oddawać moją walizkę i to już!- wrzasnęłam na te starsze dzieci, bo wiedziałam, że tylko je było stać na taki wyczyn.
-Ja jej nie mam!- odkrzyknęła jedenastoletnia Emilly- wredna dziewuszka o zielonych oczach oraz rudych kręconych włosach.
-Ani my!- chórem odpowiedziały bliźnięta. Oboje, tak jak ja, mieli rude włosy oraz niebieskie, jak u Patricka i u mnie oczy.
-Oddawać i to już!- nakazał władczym tonem Patrick, a przed nim nie wiadomo skąd pojawiła się moja walizka.
-Jestem pod wrażeniem. Mnie się nie słuchają- poskarżyłam się bratu.
-Mnie już też- westchnęła babcia.- Tylko Patrick potrafi tu zaprowadzić porządek.
-Sam nie wiem dlaczego- podrapał się po głowie z zakłopotaniem mój braciszek.
-Jak już wspominałam mam słodycze dla dziadka...
-A dla nas?- ze swoich nor powychodziła reszta mojego rodzeństwa: Connor, Grace, Emilly i ośmioletni Charlie, czyli najmłodszy z nas wszystkich.
-A byliście grzeczni?- zapytałam, chociaż wiedziałam, że odpowiedź była przecząca.
-Oczywiście!- oburzył się Connor, a jego bliźniacza siostra mu zawtórowała.
-Niech będzie- dla świętego spokoju dałam im całą paczkę cukierków, którą capnęli i zniknęli z naszego pola widzenia.- A ta jest dla dziadka- wyciągnęłam inne cukierki, które uwielbiał dziadek.
-Dziękuję kochanie. Patrick, zaprowadź ją do waszej matki- poprosiła babcia zmęczonym głosem, a brat wykonał jej polecenie.
Matka była w opłakanym stanie. Można rzec, iż idealnie nadawała sie do psychiatryka. Siedziała po turecku w najdalszym kącie pokoju tyłem do nas i wpatrywała się w ścianę, a przynajmniej tak mi się wydawało. Rude włosy miała potargane i w nieładzie, a ubranie założone byle jak. Nie tak wygląda normalna matka, a przynajmniej nie tak powinny pamiętać ją dzieci...
-Mamo?- zapytałam niepewnie.
-Nawet nie próbuj- uprzedził mnie Patrick.- Do nikogo się nie odzywa. Nawet nic nie je. Nie wiemy co robić...
-Jak to co?!- oburzyłam się.- Trzeba zabrać ją do specjalisty! Tak nie może być!
-Czy ty sugerujesz, że mamy oddać mamę do psychiatryka?!- podniósł swój głos mój brat.
-A czy widzisz inne wyjście?! Spójrz tylko na nią! Czy wygląda ci na kogoś o zdrowych zmysłach?!- Patrick milczał, nie wiedział co ma w tej sytuacji powiedzieć. Wiedział, że mam rację, ale jakaś jego cząstka nie chciała mi jej przyznać. Nawet to rozumiałam, był z nią bardzo związany i chyba najbardziej z nas przeżył jej załamanie. Nie chciał jej oddawać do domu wariatów, bo dla niego nie była wariatką tylko matką, która przeżywa bardzo ciężkie chwile...
-Patrick...- zaczęłam, a on nawet na mnie nie spojrzał.- Musimy podjąć decyzję... Dla waszego dobra, a przede wszystkim dla niej. Pamiętasz, jak kiedyś próbowała popełnić samobójstwo? To może się powtórzyć, Patrick. I kto wie czy nie zrobi krzywdy młodszym...
-Wiem!- krzyknął pełnym rozpaczy głosem.- Wiem, że masz rację, ale ja... nie mogę jej tego zrobić. Ona nie jest wariatką! Ona...
-...Potrzebuje tylko fachowej pomocy- dokończyłam za niego, a on odważył spojrzeć mi w oczy i niechętnie przytakną.- Chodź- objęłam go, a on zaczął szlochać mi na ramieniu...
Katie
Weekend u wujostwa spędziłam spokojnie i bawiłam się w najlepsze. Opowiedzieli mi wiele swych ponadczasowych historii z młodości i o swych podróżach do krajów, o których mi się nawet nie śniło. Ich życie było wspaniałe i sama pragnęłam sobie takiego, jednakże wpierw chyba musiałam znaleźć sobie osobę, z którą dzieliłabym się tymi chwilami, a z tym to właśnie był problem nie wspominając o kosztach takich wypraw, ale to dopiero w przyszłości...
Późnym niedzielnym wieczorem powróciłam do akademika i postanowiłam złożyć swej współlokatorce propozycję nie do odrzucenia, a jak się okazało później, wartą zainwestowania. W pokoju zastałam rozpakowującą się Chloe, która słuchała piosenek zespołu Nickelback.
- Oo, już wróciłaś. - Zauważyła zdziwiona przyjaciółka. - Szybko coś.
- Wydaje mi się, że wróciłaś szybciej ode mnie. I jak było?
- Nie narzekam w sumie. Miło było spotkać się w końcu z rodzinką. A u ciebie? Co tam u wujostwa?
- Wyjeżdżają na pare miesięcy i zostawiają mi swój dom do dyspozycji. I mam teraz dla ciebie pewną propozycję.
- Słucham?
- Nie chciałabyś może zamieszkać ze mną w domu mojej cioci? Nie musiałybyśmy wtedy za nic płacić poza wyżywieniem i ewentualnymi szkodami. Na uczelnie miałybyśmy bardzo blisko i w dodatku to spokojna ulica, więc żyć, nie umierać.
- Woow. No to mnie zaskoczyłaś. Ale jak to będzie, że nie musimy za nic płacić, skorą są opłaty, rachunki...
- O to się nie martw. Wujostwo wszystko opłaca, a my mamy po prostu pilnować domu i korzystać z życia studenckiego.
- Trochę podejrzanie to wszystko tak dobrze wygląda, ale skoro to tak przedstawiasz to czemu nie. Przecież raz się żyje.
- Podoba mi się twoje podejście. Za kilka dni możemy się przenieść do ich domu, ale wpierw musimy jeszcze ogarnąć parę rzeczy.
- A mianowicie? - Zrobiła zaskoczoną minę.
- Zakuupyyy. - Powiedziałam śpiewnym głosem.
- Racja, bez zakupów to my się raczej nie obędziemy. - Uśmiechnęła się szeroko i dokończyła rozpakowywanie, które wcześniej zaczęła.
Chloe powróciła do swego zajęcia, a ja postanowiłam przyszykować się na kolejny dzień na uczelni, co nie zajęło mi zbyt wiele czasu. Wpierw wpakowałam do torby wszystkie niezbędne przybory i zeszyty, a następnie zajęłam się ubraniami. Otworzyłam szeroko szafę i zaczęłam zastanawiać się nad odpowiednim doborem kolorów i elementów. Ostatecznie zdecydowałam się na czarne spodnie z wysokim stanem oraz bluzkę tego samego koloru z krótkim rękawem, a także naszyjnik ze srebrnymi ornamentami, do którego miałam kolczyki w zestawie. Położyłam wybrany komplet na krześle, następnie zdecydowałam się na długą odprężającą kąpiel przed jutrzejszym dniem, który zapowiadał się ciekawie...
Podróż strasznie mi się dłużyła, chociaż czego można oczekiwać, skoro musiałam przejechać na drugi koniec kraju. Za oknem krajobraz pozostawał niezmienny, wszędzie te same widoki, nic nowego. Czułam sie jakbym jechała w pętli bez końca. Jednak niebawem mój środek transportu wtoczył się na jedną ze stacji, którą nie było Galway.
Od dość długiego czasu nie widziałam się ze starszym bratem, a nawet nie miałam z nim kontaktu, ale poruszyła mnie jego śmierć. To w końcu moja rodzina. Ta sama krew.
Po jakichś niecałych trzech godzinach dotarłam do mojego rodzinnego miasta, gdzie już się ściemniało. Pogoda nie rozpieszczała.Wiało jakby zanosiło się na sztorm, aż drzewa uginały sie do samej ziemi, a na niebie krążyły niebezpiecznie ciemne chmury. Westchnęłam na myśl, że dalszą drogę będę musiała pokonać pieszo, gdyż nie mieszkałam aż tak daleko od stacji.
Nim rozpoczęłam swój spacer do domu, ktoś mnie zawołał:
-Chloe! Chloe! Wsiadaj!- obejrzałam się za siebie i ujrzałam Patricka w czarnym samochodzie. Mój o rok młodszy brat miał niecałe metr osiemdziesiąt wzrostu, brązowe włosy oraz czyste jak woda spokojne niebieskie oczy. Na sobie nosił granatową koszulkę z jakimś chińskim napisem oraz skórzaną kurtkę.
-Co ty tu robisz?- zapytałam wsiadając do całkiem niestarego auta.- I skąd ty masz prawo jazdy?
-Zdałem sobie. Ciągle zapominasz, Chloe, że jestem od ciebie tylko o rok młodszy.- zarzucił bieg i ruszył w stronę naszego domu.
-Dobra, nie było pytania.
-A odpowiadając na pierwsze pytanie: odbieram cię z dworca. Dziadek poprosił bym to zrobił, bo sam już nie da rady.
-Czy on...?- nie dałam rady dokończyć zdania, bo czułam w gardle piekący żar.
-Nie wiem. Ciężko jest to stwierdzić. Na razie jakoś się trzyma, więc nie jest źle- odparł optymistycznie.
-A co z resztą?
-Dzieciaki całkiem dobrze się mają, babcia też, a mama... No, mogło być gorzej- streścił mi krótko.
-To mnie pocieszyłeś...- fuknęłam wyglądając za okno. Powoli już zaczynało kropić.
-A jak wykłady, podobają się? Czegoś nowego się nauczyłaś?- szybko zmienił temat, za co szczerze mówiąc byłam mu wdzięczna.
-Noo są całkiem ciekawe, pewnie by ci się spodobały. Lubisz tego typu lekcje.
-Jak zdam mature, to zapiszę się na twój uniwerek- wyszczerzył do mnie swoje proste i białe zęby w uśmiechu. Dobrze się dogadywałam z Patrickiem, chyba najlepiej z całego mojego rodzeństwa. Potrafiliśmy nawiązać ze sobą trwałą nić porozumienia. I w sumie to chyba tylko jego bym zniosła u siebie na kampusie niż resztę dzieciaków. Wiem, że on sam sobie poradzi i nie jest ode mnie tak uzależniony, więc nie musiałabym go pilnować.
W końcu dotarliśmy do naszego mieszkania, które było utrzymane w nienagannym porządku- pewnie zasługa babci i Patricka. Moje młodsze rodzeństwo przywitało mnie z udawaną radością, babcia przytuliła mnie czule, a do dziadka musiałam sama przyjść. Leżał przykuty do łóżka z niemrawą miną, ale kiedy mnie spostrzegł od razu się rozpogodził.
-Oto i moja najstarsza wnuczka przybyła- rozłożył szeroko ręce, a ja wdzięcznie się do niego przytuliłam.- Opowiadaj jak tam w świecie ci idzie? Radzisz sobie?
-Oj dziadku, przecież mówiłam ci przez telefon. O, właśnie. Przywiozłam troche słodyczy dla was- szybko wróciłam do swojej walizki w przed pokoju, która dziwnym trafem zniknęła.
-Connor, Grace, Emilly! Oddawać moją walizkę i to już!- wrzasnęłam na te starsze dzieci, bo wiedziałam, że tylko je było stać na taki wyczyn.
-Ja jej nie mam!- odkrzyknęła jedenastoletnia Emilly- wredna dziewuszka o zielonych oczach oraz rudych kręconych włosach.
-Ani my!- chórem odpowiedziały bliźnięta. Oboje, tak jak ja, mieli rude włosy oraz niebieskie, jak u Patricka i u mnie oczy.
-Oddawać i to już!- nakazał władczym tonem Patrick, a przed nim nie wiadomo skąd pojawiła się moja walizka.
-Jestem pod wrażeniem. Mnie się nie słuchają- poskarżyłam się bratu.
-Mnie już też- westchnęła babcia.- Tylko Patrick potrafi tu zaprowadzić porządek.
-Sam nie wiem dlaczego- podrapał się po głowie z zakłopotaniem mój braciszek.
-Jak już wspominałam mam słodycze dla dziadka...
-A dla nas?- ze swoich nor powychodziła reszta mojego rodzeństwa: Connor, Grace, Emilly i ośmioletni Charlie, czyli najmłodszy z nas wszystkich.
-A byliście grzeczni?- zapytałam, chociaż wiedziałam, że odpowiedź była przecząca.
-Oczywiście!- oburzył się Connor, a jego bliźniacza siostra mu zawtórowała.
-Niech będzie- dla świętego spokoju dałam im całą paczkę cukierków, którą capnęli i zniknęli z naszego pola widzenia.- A ta jest dla dziadka- wyciągnęłam inne cukierki, które uwielbiał dziadek.
-Dziękuję kochanie. Patrick, zaprowadź ją do waszej matki- poprosiła babcia zmęczonym głosem, a brat wykonał jej polecenie.
Matka była w opłakanym stanie. Można rzec, iż idealnie nadawała sie do psychiatryka. Siedziała po turecku w najdalszym kącie pokoju tyłem do nas i wpatrywała się w ścianę, a przynajmniej tak mi się wydawało. Rude włosy miała potargane i w nieładzie, a ubranie założone byle jak. Nie tak wygląda normalna matka, a przynajmniej nie tak powinny pamiętać ją dzieci...
-Mamo?- zapytałam niepewnie.
-Nawet nie próbuj- uprzedził mnie Patrick.- Do nikogo się nie odzywa. Nawet nic nie je. Nie wiemy co robić...
-Jak to co?!- oburzyłam się.- Trzeba zabrać ją do specjalisty! Tak nie może być!
-Czy ty sugerujesz, że mamy oddać mamę do psychiatryka?!- podniósł swój głos mój brat.
-A czy widzisz inne wyjście?! Spójrz tylko na nią! Czy wygląda ci na kogoś o zdrowych zmysłach?!- Patrick milczał, nie wiedział co ma w tej sytuacji powiedzieć. Wiedział, że mam rację, ale jakaś jego cząstka nie chciała mi jej przyznać. Nawet to rozumiałam, był z nią bardzo związany i chyba najbardziej z nas przeżył jej załamanie. Nie chciał jej oddawać do domu wariatów, bo dla niego nie była wariatką tylko matką, która przeżywa bardzo ciężkie chwile...
-Patrick...- zaczęłam, a on nawet na mnie nie spojrzał.- Musimy podjąć decyzję... Dla waszego dobra, a przede wszystkim dla niej. Pamiętasz, jak kiedyś próbowała popełnić samobójstwo? To może się powtórzyć, Patrick. I kto wie czy nie zrobi krzywdy młodszym...
-Wiem!- krzyknął pełnym rozpaczy głosem.- Wiem, że masz rację, ale ja... nie mogę jej tego zrobić. Ona nie jest wariatką! Ona...
-...Potrzebuje tylko fachowej pomocy- dokończyłam za niego, a on odważył spojrzeć mi w oczy i niechętnie przytakną.- Chodź- objęłam go, a on zaczął szlochać mi na ramieniu...
Katie
Weekend u wujostwa spędziłam spokojnie i bawiłam się w najlepsze. Opowiedzieli mi wiele swych ponadczasowych historii z młodości i o swych podróżach do krajów, o których mi się nawet nie śniło. Ich życie było wspaniałe i sama pragnęłam sobie takiego, jednakże wpierw chyba musiałam znaleźć sobie osobę, z którą dzieliłabym się tymi chwilami, a z tym to właśnie był problem nie wspominając o kosztach takich wypraw, ale to dopiero w przyszłości...
Późnym niedzielnym wieczorem powróciłam do akademika i postanowiłam złożyć swej współlokatorce propozycję nie do odrzucenia, a jak się okazało później, wartą zainwestowania. W pokoju zastałam rozpakowującą się Chloe, która słuchała piosenek zespołu Nickelback.
- Oo, już wróciłaś. - Zauważyła zdziwiona przyjaciółka. - Szybko coś.
- Wydaje mi się, że wróciłaś szybciej ode mnie. I jak było?
- Nie narzekam w sumie. Miło było spotkać się w końcu z rodzinką. A u ciebie? Co tam u wujostwa?
- Wyjeżdżają na pare miesięcy i zostawiają mi swój dom do dyspozycji. I mam teraz dla ciebie pewną propozycję.
- Słucham?
- Nie chciałabyś może zamieszkać ze mną w domu mojej cioci? Nie musiałybyśmy wtedy za nic płacić poza wyżywieniem i ewentualnymi szkodami. Na uczelnie miałybyśmy bardzo blisko i w dodatku to spokojna ulica, więc żyć, nie umierać.
- Woow. No to mnie zaskoczyłaś. Ale jak to będzie, że nie musimy za nic płacić, skorą są opłaty, rachunki...
- O to się nie martw. Wujostwo wszystko opłaca, a my mamy po prostu pilnować domu i korzystać z życia studenckiego.
- Trochę podejrzanie to wszystko tak dobrze wygląda, ale skoro to tak przedstawiasz to czemu nie. Przecież raz się żyje.
- Podoba mi się twoje podejście. Za kilka dni możemy się przenieść do ich domu, ale wpierw musimy jeszcze ogarnąć parę rzeczy.
- A mianowicie? - Zrobiła zaskoczoną minę.
- Zakuupyyy. - Powiedziałam śpiewnym głosem.
- Racja, bez zakupów to my się raczej nie obędziemy. - Uśmiechnęła się szeroko i dokończyła rozpakowywanie, które wcześniej zaczęła.
Chloe powróciła do swego zajęcia, a ja postanowiłam przyszykować się na kolejny dzień na uczelni, co nie zajęło mi zbyt wiele czasu. Wpierw wpakowałam do torby wszystkie niezbędne przybory i zeszyty, a następnie zajęłam się ubraniami. Otworzyłam szeroko szafę i zaczęłam zastanawiać się nad odpowiednim doborem kolorów i elementów. Ostatecznie zdecydowałam się na czarne spodnie z wysokim stanem oraz bluzkę tego samego koloru z krótkim rękawem, a także naszyjnik ze srebrnymi ornamentami, do którego miałam kolczyki w zestawie. Położyłam wybrany komplet na krześle, następnie zdecydowałam się na długą odprężającą kąpiel przed jutrzejszym dniem, który zapowiadał się ciekawie...
Komentarze
Prześlij komentarz