Rozdział 11
Chloe
Przez ostatnie kilka dni starałam się unikać Jamesa jak tylko mogłam. Noo i specjalnie chodziłam na tamten przystanek, na którym ostatnio spotkałam Daniela z nadzieją, że go jeszcze raz ujrzę. I się nie myliłam. Spotkałam go kilka razy i wymieniliśmy się swoimi numerami telefonów, dzięki czemu mogłam z nim utrzymać jakoś kontakt. Można rzec, że moje życie na jakiś czas się jako tako unormowało, jednak nie na długo. Któregoś dnia zadzwonił do mnie Patrick, mój o rok młodszy brat, i przekazał mi smutną wiadomość jaką była śmierć naszego najstarszego brata- Noah'a. Podobnież potrącił go samochód, a przynajmniej takie wieści przekazał mi Patrick. Poprosił bym wróciła na weekend do domu, bo mama bardzo słabo się czuje, a dziadek zachorował. Nie mogłam mu odmówić, w końcu zostawiłam go z tym wszystkim i po części czułam się winna.
Nie wspominałam Katie o śmierci mojego starszego brata, po prostu powiedziałam jej, że wieczorem wyjeżdżam do siebie na weekend i w poniedziałek rano wrócę. Jej to było nawet na rękę, bo dziś miała odwiedzić swoich wujków. Gdy tylko opuściła nasz pokój przebrałam się w czarne galowe ubranie i spakowałam tylko kilka najpotrzebniejszych rzeczy, po czym ruszyłam na dworzec. Oczywiście mój dzień nie dopełniłby się, gdybym nie wpadła na Jamesa.
-Ooo, a gdzie się wybierasz z walizką?- zapytał z czystej ciekawości.
-Nie twoja sprawa- burknęłam pod nosem próbując go wyminąć, lecz ten wielkolud zagrodził mi drogę.
-No chyba moja, skoro od tygodnia mnie unikasz, a teraz uciekasz sobie do domu...
-Nie uciekam!- wrzasnęłam, że ktoś może mi w ogóle zarzucać ucieczkę.- Po prostu muszę wrócić do domu- sprostowałam.
-Ale to nadal nie wyjaśnia dlaczego mnie unikasz. I patrz na mnie, jak do ciebie mówię- zwrócił mi uwagę, którą osobiście miałam gdzieś.
-Niczego nie muszę ci tłumaczyć, a teraz zostaw mnie, bo ucieknie mi pociąg- znów próbowałam go wyminąć, lecz w tym momencie złapał mnie i przytulił do siebie.
-Ale wiesz, że mi smutno jak tak ze mną nie rozmawiasz?
-No i dobrze. Puszczaj- szarpałam się w jego żelaznych objęciach, lecz wszystko na nic.
-Ej, Calineczko, co ty taka nie swoja?- nadal dociekał.
-Odpieprz się! I puść mnie do cholery jasnej!- krzyknęłam, aż mnie chyba cała uczelnia usłyszała.- Śpieszę się, więc puszczaj.
-Nie puszczę- nadal trwał twardo.
-Przez ciebie nie zdążę na pogrzeb- wyszeptałam, a on rozluźnił swój uścisk i spróbował spojrzeć mi w oczy, ale szybko go wyminęłam i ruszyłam na przystanek autobusowy.
-Chloe!- krzyknął z oddali.- Ja... przepraszam!
Miałam w poważaniu to co do mnie mówił. Obchodziło mnie jedynie to, co mówiły do mnie osoby, które dla mnie coś znaczyły. James zdążył stracić wszystko w moich oczach w przeciągu pięciu sekund...
Katie
Kiedy dotarliśmy na miejsce, stół był schludnie zasłany a dania rozłożone na nim. Wszystko było idealnie na swoim miejscu, tak jak to robili moi rodzice. Zawsze wszystko musiało być perfekcyjne, le mój dom bił chłodem, a wujostwa emanował rodzinnym ciepłem, którego dzięki nim zaznałam. Na ogół dom był udekorowany zapewne przez moją ciocię, gdyż wszędzie można było dostrzec elementy, które były częścią jej pasji bądź wujka. Dom był istnym zbiorowiskiem ich wspólnych wspomnień i fotografii, a na jednej z nich gościłam ja. Był to najbardziej wzruszający element mojego życia. Oni zawsze o mnie pamiętaj, o moich urodzinach, o prezencie na święta i o tym jak ja się mogę czuć, gdy przydarzało się coś złego. Dzięki ich dobroci zaznałam prawdziwego dzieciństwa i radości z niego pochodzącej. Byli dla mnie wszystkim, a gdyby nie fakt, że miałam rodziców, to pewnie byłabym ich córką.
- Katie! - Ciocia w wejściu rzuciła mi się na szyję, a ja z radością odwzajemniłam ten niedźwiedzi uścisk.
- Ciocia! - Wtuliłam się w nią tak mocno, jak bardzo za nią tęskniłam.
- Wchodź, maleńka wchodź. Czuj się jak u siebie w domu. - Zdjęłam buty i chwilę potem zostałam zaprowadzona do dużego salonu, gdzie ciocia miała duży telewizor i wygodną sofę.
- Dziękuję za zaproszenie. - Podziękowałam.
- Żałuję, że nie mogłam cię tutaj zabrać dużo wcześniej, ale wiesz jak jest. - Objęła mnie ramieniem.
- Nic się nie stało. Bardzo się cieszę, że was widzę i że w końcu ponownie mogłam odwiedzić wasz dom. Pamiętam jak byłam malutka i bawiłam się tu na puszystym dywanie. - Wspomniałam jedno z najcudowniejszych wydarzeń mego dzieciństwa, gdy to rodzice raz jeden zostawili mnie w domu u cioci i wujka, a sami pojechali na wyjazd służbowy. Nigdy więcej się to nie powtórzyło, ale byłam zadowolona, że wciąż miałam te czasy w pamięci.
- Potrafiłaś zasnąć w każdym miejscu o każdej porze. - Zaśmiał się wujek, który wyjmował pieczeń z piekarnika. - Kolacja na stole. Myjcie ręce i będziemy jeść. - Zarządził pan domu.
Zrobiliśmy tak, jak Gary nam rozkazał i po chwili wszyscy siedzieliśmy przy okrągłym stole i kosztowaliśmy przepysznych przysmaków przygotowanych wówczas przez ciocię, która była mistrzynią w gotowaniu. Jedzenie było wyborne, a atmosfera o tysiąc razy lżejsza od tej, która panowała u mnie w domu przy jakimkolwiek posiłku, czy to śniadaniu czy kolacji.
- Wiemy, że dopiero co przyjechałaś do Dublina, ale zastanawialiśmy się w z wujkiem, czy nie mogłabyś się zająć naszym domem podczas naszej nieobecności. Planujemy z wujkiem wyjechać na dwa miesiące i jeśli nie miałabyś nic przeciwko, to może byś się tu wprowadziła na ten czas. Oczywiście zostawimy ci trochę pieniędzy na utrzymanie i podstawowe wydatki, ale jeśli nie chcesz to nie musisz. - Zaproponowała mi wstydliwie ciocia. Widać, że nie chciała sprawiać mi kłopotu i gdyby mogła to by najpewniej o to nie prosiła.
- Nie, chętnie zajmę się domem. Tak wiele dla mnie zrobiliście, więc się cieszę, że mogę w końcu w jakiś sposób się wam odwdzięczyć. - Zaakceptowałam ich propozycję niemalże bez namysłu.
- Kochanie, robiliśmy dla ciebie to wszystko, bo cię kochamy jak własną córkę, nie musisz się dla nas w żaden sposób odwdzięczać. - Zostawała przy swoim ciocia.
- Ale chcę. Chętnie się zajmę domem, ale mam jedno pytanie. - Zaczęłam.
- Jakie kochanie? - Udzielił się wujek.
- Czy istniałaby możliwość, abym wzięła ze sobą swoją współlokatorkę? - Zapytałam nieśmiało.
- Ależ oczywiście, byle wszystko potem znalazło się na swoim miejscu. - Zgodziła się ciocia, jak zwykle z jakimś drobnym warunkiem, dzięki któremu utrzymywany był ład. - Wyjeżdżamy dopiero za parę dni, więc czy może nie zechciałabyś zostać z nami na ten weekend? - Padła kolejna propozycja.
- Jasne! I ta nie miałam żadnych planów, a spędzanie czasu z wami to istna przyjemność. - Z miejsca zdecydowałam się na zostanie na noc, ale za bardzo nie przemyślałam tego, ponieważ nie miałam żadnych ubrań ani bielizny na zmianę. - Eee, ale jest tyci tyci problem...
- Jaki? Coś się stało? - Zaniepokoiła się kobieta, jak to miała w zwyczaju.
- Nie, skądże, tylko że nie mam ze sobą żadnych ubrań, ani niczego ze sobą poza telefonem.
- To nic nie szkodzi. Mam parę jeszcze nieużywanych rzeczy, na pewno coś dla siebie znajdziesz. - Ciocia od razu rozwiązała, jak mi się zdawało, nierozwiązywalny problem.
- Dziękuję. - Odeszłam od stołu i mocno przytuliłam wujostwo.
- Nie ma za co, skarbie. Bardzo nas ucieszyłaś tym, że chcesz zostać z nami staruchami, gdy czeka na ciebie miasto pełne młodych utalentowanych ludzi. - Ciocia Becki obdarzyła mnie szerokim uśmiechem od ucha do ucha.
- Człowiek nie zając, nie ucieknie, a poza tym mam jeszcze sporo czasu, żeby poznać lepiej miasto i ludzi w nim zamieszkujących. - Wyjaśniłam.
Przez ostatnie kilka dni starałam się unikać Jamesa jak tylko mogłam. Noo i specjalnie chodziłam na tamten przystanek, na którym ostatnio spotkałam Daniela z nadzieją, że go jeszcze raz ujrzę. I się nie myliłam. Spotkałam go kilka razy i wymieniliśmy się swoimi numerami telefonów, dzięki czemu mogłam z nim utrzymać jakoś kontakt. Można rzec, że moje życie na jakiś czas się jako tako unormowało, jednak nie na długo. Któregoś dnia zadzwonił do mnie Patrick, mój o rok młodszy brat, i przekazał mi smutną wiadomość jaką była śmierć naszego najstarszego brata- Noah'a. Podobnież potrącił go samochód, a przynajmniej takie wieści przekazał mi Patrick. Poprosił bym wróciła na weekend do domu, bo mama bardzo słabo się czuje, a dziadek zachorował. Nie mogłam mu odmówić, w końcu zostawiłam go z tym wszystkim i po części czułam się winna.
Nie wspominałam Katie o śmierci mojego starszego brata, po prostu powiedziałam jej, że wieczorem wyjeżdżam do siebie na weekend i w poniedziałek rano wrócę. Jej to było nawet na rękę, bo dziś miała odwiedzić swoich wujków. Gdy tylko opuściła nasz pokój przebrałam się w czarne galowe ubranie i spakowałam tylko kilka najpotrzebniejszych rzeczy, po czym ruszyłam na dworzec. Oczywiście mój dzień nie dopełniłby się, gdybym nie wpadła na Jamesa.
-Ooo, a gdzie się wybierasz z walizką?- zapytał z czystej ciekawości.
-Nie twoja sprawa- burknęłam pod nosem próbując go wyminąć, lecz ten wielkolud zagrodził mi drogę.
-No chyba moja, skoro od tygodnia mnie unikasz, a teraz uciekasz sobie do domu...
-Nie uciekam!- wrzasnęłam, że ktoś może mi w ogóle zarzucać ucieczkę.- Po prostu muszę wrócić do domu- sprostowałam.
-Ale to nadal nie wyjaśnia dlaczego mnie unikasz. I patrz na mnie, jak do ciebie mówię- zwrócił mi uwagę, którą osobiście miałam gdzieś.
-Niczego nie muszę ci tłumaczyć, a teraz zostaw mnie, bo ucieknie mi pociąg- znów próbowałam go wyminąć, lecz w tym momencie złapał mnie i przytulił do siebie.
-Ale wiesz, że mi smutno jak tak ze mną nie rozmawiasz?
-No i dobrze. Puszczaj- szarpałam się w jego żelaznych objęciach, lecz wszystko na nic.
-Ej, Calineczko, co ty taka nie swoja?- nadal dociekał.
-Odpieprz się! I puść mnie do cholery jasnej!- krzyknęłam, aż mnie chyba cała uczelnia usłyszała.- Śpieszę się, więc puszczaj.
-Nie puszczę- nadal trwał twardo.
-Przez ciebie nie zdążę na pogrzeb- wyszeptałam, a on rozluźnił swój uścisk i spróbował spojrzeć mi w oczy, ale szybko go wyminęłam i ruszyłam na przystanek autobusowy.
-Chloe!- krzyknął z oddali.- Ja... przepraszam!
Miałam w poważaniu to co do mnie mówił. Obchodziło mnie jedynie to, co mówiły do mnie osoby, które dla mnie coś znaczyły. James zdążył stracić wszystko w moich oczach w przeciągu pięciu sekund...
Katie
Kiedy dotarliśmy na miejsce, stół był schludnie zasłany a dania rozłożone na nim. Wszystko było idealnie na swoim miejscu, tak jak to robili moi rodzice. Zawsze wszystko musiało być perfekcyjne, le mój dom bił chłodem, a wujostwa emanował rodzinnym ciepłem, którego dzięki nim zaznałam. Na ogół dom był udekorowany zapewne przez moją ciocię, gdyż wszędzie można było dostrzec elementy, które były częścią jej pasji bądź wujka. Dom był istnym zbiorowiskiem ich wspólnych wspomnień i fotografii, a na jednej z nich gościłam ja. Był to najbardziej wzruszający element mojego życia. Oni zawsze o mnie pamiętaj, o moich urodzinach, o prezencie na święta i o tym jak ja się mogę czuć, gdy przydarzało się coś złego. Dzięki ich dobroci zaznałam prawdziwego dzieciństwa i radości z niego pochodzącej. Byli dla mnie wszystkim, a gdyby nie fakt, że miałam rodziców, to pewnie byłabym ich córką.
- Katie! - Ciocia w wejściu rzuciła mi się na szyję, a ja z radością odwzajemniłam ten niedźwiedzi uścisk.
- Ciocia! - Wtuliłam się w nią tak mocno, jak bardzo za nią tęskniłam.
- Wchodź, maleńka wchodź. Czuj się jak u siebie w domu. - Zdjęłam buty i chwilę potem zostałam zaprowadzona do dużego salonu, gdzie ciocia miała duży telewizor i wygodną sofę.
- Dziękuję za zaproszenie. - Podziękowałam.
- Żałuję, że nie mogłam cię tutaj zabrać dużo wcześniej, ale wiesz jak jest. - Objęła mnie ramieniem.
- Nic się nie stało. Bardzo się cieszę, że was widzę i że w końcu ponownie mogłam odwiedzić wasz dom. Pamiętam jak byłam malutka i bawiłam się tu na puszystym dywanie. - Wspomniałam jedno z najcudowniejszych wydarzeń mego dzieciństwa, gdy to rodzice raz jeden zostawili mnie w domu u cioci i wujka, a sami pojechali na wyjazd służbowy. Nigdy więcej się to nie powtórzyło, ale byłam zadowolona, że wciąż miałam te czasy w pamięci.
- Potrafiłaś zasnąć w każdym miejscu o każdej porze. - Zaśmiał się wujek, który wyjmował pieczeń z piekarnika. - Kolacja na stole. Myjcie ręce i będziemy jeść. - Zarządził pan domu.
Zrobiliśmy tak, jak Gary nam rozkazał i po chwili wszyscy siedzieliśmy przy okrągłym stole i kosztowaliśmy przepysznych przysmaków przygotowanych wówczas przez ciocię, która była mistrzynią w gotowaniu. Jedzenie było wyborne, a atmosfera o tysiąc razy lżejsza od tej, która panowała u mnie w domu przy jakimkolwiek posiłku, czy to śniadaniu czy kolacji.
- Wiemy, że dopiero co przyjechałaś do Dublina, ale zastanawialiśmy się w z wujkiem, czy nie mogłabyś się zająć naszym domem podczas naszej nieobecności. Planujemy z wujkiem wyjechać na dwa miesiące i jeśli nie miałabyś nic przeciwko, to może byś się tu wprowadziła na ten czas. Oczywiście zostawimy ci trochę pieniędzy na utrzymanie i podstawowe wydatki, ale jeśli nie chcesz to nie musisz. - Zaproponowała mi wstydliwie ciocia. Widać, że nie chciała sprawiać mi kłopotu i gdyby mogła to by najpewniej o to nie prosiła.
- Nie, chętnie zajmę się domem. Tak wiele dla mnie zrobiliście, więc się cieszę, że mogę w końcu w jakiś sposób się wam odwdzięczyć. - Zaakceptowałam ich propozycję niemalże bez namysłu.
- Kochanie, robiliśmy dla ciebie to wszystko, bo cię kochamy jak własną córkę, nie musisz się dla nas w żaden sposób odwdzięczać. - Zostawała przy swoim ciocia.
- Ale chcę. Chętnie się zajmę domem, ale mam jedno pytanie. - Zaczęłam.
- Jakie kochanie? - Udzielił się wujek.
- Czy istniałaby możliwość, abym wzięła ze sobą swoją współlokatorkę? - Zapytałam nieśmiało.
- Ależ oczywiście, byle wszystko potem znalazło się na swoim miejscu. - Zgodziła się ciocia, jak zwykle z jakimś drobnym warunkiem, dzięki któremu utrzymywany był ład. - Wyjeżdżamy dopiero za parę dni, więc czy może nie zechciałabyś zostać z nami na ten weekend? - Padła kolejna propozycja.
- Jasne! I ta nie miałam żadnych planów, a spędzanie czasu z wami to istna przyjemność. - Z miejsca zdecydowałam się na zostanie na noc, ale za bardzo nie przemyślałam tego, ponieważ nie miałam żadnych ubrań ani bielizny na zmianę. - Eee, ale jest tyci tyci problem...
- Jaki? Coś się stało? - Zaniepokoiła się kobieta, jak to miała w zwyczaju.
- Nie, skądże, tylko że nie mam ze sobą żadnych ubrań, ani niczego ze sobą poza telefonem.
- To nic nie szkodzi. Mam parę jeszcze nieużywanych rzeczy, na pewno coś dla siebie znajdziesz. - Ciocia od razu rozwiązała, jak mi się zdawało, nierozwiązywalny problem.
- Dziękuję. - Odeszłam od stołu i mocno przytuliłam wujostwo.
- Nie ma za co, skarbie. Bardzo nas ucieszyłaś tym, że chcesz zostać z nami staruchami, gdy czeka na ciebie miasto pełne młodych utalentowanych ludzi. - Ciocia Becki obdarzyła mnie szerokim uśmiechem od ucha do ucha.
- Człowiek nie zając, nie ucieknie, a poza tym mam jeszcze sporo czasu, żeby poznać lepiej miasto i ludzi w nim zamieszkujących. - Wyjaśniłam.
Komentarze
Prześlij komentarz