Rozdział 7
Katie
Ktoś dobijał się do naszych drzwi, co było zadziwiającym zajściem. Z góry wykluczyłyśmy opcję James'a, a ja jeszcze wykluczyłam przyjaciela podrywacza, który pewnie unikał jeszcze naburmuszonych i wściekłych lasek o długich nogach, Aby dowiedzieć się kim był nasz gość, zostało nam jedynie otworzenie drzwi i przekonanie się na własnej skórze, któż to jest.
Podeszłam do drzwi i otworzyłam je z racji, iż moja współlokatorka ledwo chodziła o własnych nogach. Po drugiej stronie wejścia stała wysoka brunetka o śniadej cerze i brązowych oczach. Była cała zapłakana w dłoni dzierżyła na wpół opróżnioną butelkę po drogim winie. Jej stan w jakim się znalazła, mówił sam za siebie. Bełkotała cały czas coś o tym, że nikt jej nie kocha i jej życie nie ma teraz najmniejszego sensu. Wpuściłam ją. Ledwo trzymała się na nogach, więc tak naprawdę to chwili, gdy na mnie poleciała, musiałam ją mocno złapać, by nie upaść. Wzięłam ją pod ramiona i doprowadziłam ją do łóżka Chloe, która już zrobiła miejsce dla nowo przybyłej dziewczyny.
Dziewczyna siedziała zapłakana i co rusz sięgała do butelki, jak to Jack Sparrow miał w zwyczaju, tylko że jego język był mniej więcej zrozumiały dla innych, a to co ona mówiła było tak niezrozumiałe, jak rozmowa zwierząt dla człowieka.
- On... - Zaczęła, ale kolejne słowa były zagłuszone je płaczem. Chwilę później, jak już złapała trochę powietrza w płuca, dało się coś wyciągnąć z tego co mówi. - On już mnie chyba nie kocha. Jest... jest oziębły i-i-i wcale się mną nie interesuje. - Kolejna tura łez poleciała razem z ostatnim wyrazem w zdaniu.
- Już w porządku, wszystko będzie dobrze. - Pocieszałyśmy ją, bo nie wypadało zostawić dziewczyny w takim stanie, tym bardziej, że jej chłopak, postępuje jak dwulicowa świnia bez serca.
- Ja go tak kocham, a on-on cały czas flirtuje z innymi i robi z siebie męską dziwkę. - Łzy lały się litrami. - Miał patrzeć tylko na mnie, a tymczasem sypia z którą tylko popadnie, a ja jestem mu cały czas wierna. Nigdy go nie zdradziłam i cały czas go bardzo mocno kocham.
- Nie warto tracić czasu na taką łajzę jak on. Dopiero jak straci cię, to doceni jakie cudowne stworzenie wypuścił ze swoich rąk. - Kontynuowałyśmy dodawanie otuchy, a zarazem próbowałyśmy znaleźć rozwiązanie z tej sytuacji. - Nie miej złudnej nadziei, że on się zmieni. Łajza na zawsze pozostanie łajzą.
Jeszcze przez kolejną godzinę pocieszałyśmy Juliet, jak się dowiedziałyśmy później, tak brzmiało jej imię. Do póki nas nie oświeciła, nie miałyśmy pojęcia, że spędziłyśmy wspólnie świetnie czas poprzedniego wieczoru. Była cały czas bardzo roztrzęsiona, więc musiałyśmy poświęcić trochę czas, na to by ją uspokoić. Ciężko było, ale zasnęła odrobinę odwodniona i opuchnięta od płakania...
Chloe
Po tym jak Juliet rozłożyła mi się na łóżku, nie miałam za bardzo gdzie spać, a dodatkowo nogi odmawiały mi posłuszeństwa, więc postanowiłam się z nią zdrzemnąć. Hah, mój pierwszy ekstremalny wyczyn w życiu: przespałam się z dziewczyną, której nawet nie znam. Szalejesz Chloe...
Rano nasza nowa znajoma była zdziwiona faktem, iż to u mego boku spędziła noc i to do mnie się tuliła. Lekko zażenowana podziękowała nam za przenocowanie jej i doradzanie w kryzysowych dla niej czasach. Obie z Katie zgodnie odparłyśmy, że jesteśmy do jej usług oraz zaprosiłyśmy na dziewczęcy wieczorek w najbliższą sobotę.
Swoje zajęcia zaczynałam dopiero o czternastej, natomiast Katie o jedenastej czyli za niecałą godzinę. W oszalałym pędzie zamknęła się w łazience, a ja podjęłam się samobójczej próby zrobienia nam śniadania, które i tak ostatecznie przypaliłam, przez co musiałyśmy wietrzyć mieszkanko. Ma współlokatorka nie zważała na to, czy jajecznica jest przypalona czy też nie, oraz że użyłam do niej szynki zamiast kiełbasy, po prostu ją pochłonęła jednym kęsem i wybiegła z pomieszczenia. Nawet nie zdążyłam krzyknąć, że ma jeszcze 15 minut do zajęć oraz, że dosłownie trzy kroki stąd znajduje się uniwersytet. Zostałam sama z wietrzejącym mieszkaniem. Cud, że czujnik dymu się nie uruchomił, wtedy miałabym przechlapane. Nie dość, że cały pokój by pływał, to postawiłabym na nogi cały akademik i musiałabym sprzątać korytarz przez tydzień. Nie żeby mi się to przydarzyło. Po prostu inne równie umiejętne co ja osoby próbowały swoich sił w gotowaniu i przypaliły co nieco. Woźny był okropnie wściekły i dlatego powstała taka kara.
Z każdą upływającą godziną, co raz bardziej zbliżałam się do moich pierwszych wykładów. Już nawet zdążyłam się ubrać i poczesać. Właśnie zmywałam naczynia, gdy do pokoju wleciał Johny.
-A ty co tu..?- nie dokończyłam, bo mnie uciszył ruchem ręki.
-Cichooo- zawył niemal bezgłośnie.- Jeżeli James mnie znajdzie, to mnie ukatrupi...
-A coś ty mu zrobił?- zapytałam dociekliwie kończąc wycierać patelnię.
-Eee, ujmijmy to tak: wsadziłem mu do kanapki karalucha i chyba właśnie się skapnął.
-Co?!- zdziwiłam się.- O fu! Jesteś okropny!
-Ale to był sztuczny karaluch!- zapewniał mnie.- Ale żebyś widziała jego minę i jak odrzucił tę kanapkę- zaczął się chichrać, a drzwi mieszkanka niemal wyleciały z zawiasów.
-Gdzie jest ten nędznik?!- zawył ze wściekłości James, a John z piskiem ukrył się za mną.
-Bardzo pomysłowe, John. Na serio, podziwiam- odparłam ironicznie.- Normalnie lepszej kryjówki nie mogłeś wymarzyć...
-Mam kobietę z patelnią i nie zawaham się jej użyć!- zagroził ukrywający się za mną chłopak.
-Ej, zaraz, co?!- zapytałam zbita z tropu, a James zbliżył się do mnie, na co z kolei John mocniej wbił swoje paznokcie w moje ramiona, za które mnie trzymał.
-Au!- jęknęłam, bo chyba przebił mi skórę aż do krwi.- Dosyć, oboje się wynosić z tego pomieszczenia, w którym i tak już śmierdzi spalenizną!- rozkazałam unosząc wojowniczo patelnię. James jednym ruchem wyrwał mi ją z rąk, a John w tym samym czasie tylko pisnął, zgrabnie wyminął Jamesa i uciekł głównymi drzwiami.- Ciebie to też się tyczy- warknęłam na wielkoluda, który teraz stał nieporadnie z moją patelnią w dłoniach.
-Ale... ale ja nic nie zrobiłem- spojrzał na mnie maślanym wzrokiem jak skarcony pies.
-Paszoł won mi stąd- wskazałam mu palcem drzwi, którymi wybiegł John.- Tylko wcześniej proszę o zwrot patelni.
-Będziesz musiała mi ją odebrać- uśmiechnął się usatysfakcjonowany, a ja tylko westchnęłam z poirytowaniem...
Ktoś dobijał się do naszych drzwi, co było zadziwiającym zajściem. Z góry wykluczyłyśmy opcję James'a, a ja jeszcze wykluczyłam przyjaciela podrywacza, który pewnie unikał jeszcze naburmuszonych i wściekłych lasek o długich nogach, Aby dowiedzieć się kim był nasz gość, zostało nam jedynie otworzenie drzwi i przekonanie się na własnej skórze, któż to jest.
Podeszłam do drzwi i otworzyłam je z racji, iż moja współlokatorka ledwo chodziła o własnych nogach. Po drugiej stronie wejścia stała wysoka brunetka o śniadej cerze i brązowych oczach. Była cała zapłakana w dłoni dzierżyła na wpół opróżnioną butelkę po drogim winie. Jej stan w jakim się znalazła, mówił sam za siebie. Bełkotała cały czas coś o tym, że nikt jej nie kocha i jej życie nie ma teraz najmniejszego sensu. Wpuściłam ją. Ledwo trzymała się na nogach, więc tak naprawdę to chwili, gdy na mnie poleciała, musiałam ją mocno złapać, by nie upaść. Wzięłam ją pod ramiona i doprowadziłam ją do łóżka Chloe, która już zrobiła miejsce dla nowo przybyłej dziewczyny.
Dziewczyna siedziała zapłakana i co rusz sięgała do butelki, jak to Jack Sparrow miał w zwyczaju, tylko że jego język był mniej więcej zrozumiały dla innych, a to co ona mówiła było tak niezrozumiałe, jak rozmowa zwierząt dla człowieka.
- On... - Zaczęła, ale kolejne słowa były zagłuszone je płaczem. Chwilę później, jak już złapała trochę powietrza w płuca, dało się coś wyciągnąć z tego co mówi. - On już mnie chyba nie kocha. Jest... jest oziębły i-i-i wcale się mną nie interesuje. - Kolejna tura łez poleciała razem z ostatnim wyrazem w zdaniu.
- Już w porządku, wszystko będzie dobrze. - Pocieszałyśmy ją, bo nie wypadało zostawić dziewczyny w takim stanie, tym bardziej, że jej chłopak, postępuje jak dwulicowa świnia bez serca.
- Ja go tak kocham, a on-on cały czas flirtuje z innymi i robi z siebie męską dziwkę. - Łzy lały się litrami. - Miał patrzeć tylko na mnie, a tymczasem sypia z którą tylko popadnie, a ja jestem mu cały czas wierna. Nigdy go nie zdradziłam i cały czas go bardzo mocno kocham.
- Nie warto tracić czasu na taką łajzę jak on. Dopiero jak straci cię, to doceni jakie cudowne stworzenie wypuścił ze swoich rąk. - Kontynuowałyśmy dodawanie otuchy, a zarazem próbowałyśmy znaleźć rozwiązanie z tej sytuacji. - Nie miej złudnej nadziei, że on się zmieni. Łajza na zawsze pozostanie łajzą.
Jeszcze przez kolejną godzinę pocieszałyśmy Juliet, jak się dowiedziałyśmy później, tak brzmiało jej imię. Do póki nas nie oświeciła, nie miałyśmy pojęcia, że spędziłyśmy wspólnie świetnie czas poprzedniego wieczoru. Była cały czas bardzo roztrzęsiona, więc musiałyśmy poświęcić trochę czas, na to by ją uspokoić. Ciężko było, ale zasnęła odrobinę odwodniona i opuchnięta od płakania...
Chloe
Po tym jak Juliet rozłożyła mi się na łóżku, nie miałam za bardzo gdzie spać, a dodatkowo nogi odmawiały mi posłuszeństwa, więc postanowiłam się z nią zdrzemnąć. Hah, mój pierwszy ekstremalny wyczyn w życiu: przespałam się z dziewczyną, której nawet nie znam. Szalejesz Chloe...
Rano nasza nowa znajoma była zdziwiona faktem, iż to u mego boku spędziła noc i to do mnie się tuliła. Lekko zażenowana podziękowała nam za przenocowanie jej i doradzanie w kryzysowych dla niej czasach. Obie z Katie zgodnie odparłyśmy, że jesteśmy do jej usług oraz zaprosiłyśmy na dziewczęcy wieczorek w najbliższą sobotę.
Swoje zajęcia zaczynałam dopiero o czternastej, natomiast Katie o jedenastej czyli za niecałą godzinę. W oszalałym pędzie zamknęła się w łazience, a ja podjęłam się samobójczej próby zrobienia nam śniadania, które i tak ostatecznie przypaliłam, przez co musiałyśmy wietrzyć mieszkanko. Ma współlokatorka nie zważała na to, czy jajecznica jest przypalona czy też nie, oraz że użyłam do niej szynki zamiast kiełbasy, po prostu ją pochłonęła jednym kęsem i wybiegła z pomieszczenia. Nawet nie zdążyłam krzyknąć, że ma jeszcze 15 minut do zajęć oraz, że dosłownie trzy kroki stąd znajduje się uniwersytet. Zostałam sama z wietrzejącym mieszkaniem. Cud, że czujnik dymu się nie uruchomił, wtedy miałabym przechlapane. Nie dość, że cały pokój by pływał, to postawiłabym na nogi cały akademik i musiałabym sprzątać korytarz przez tydzień. Nie żeby mi się to przydarzyło. Po prostu inne równie umiejętne co ja osoby próbowały swoich sił w gotowaniu i przypaliły co nieco. Woźny był okropnie wściekły i dlatego powstała taka kara.
Z każdą upływającą godziną, co raz bardziej zbliżałam się do moich pierwszych wykładów. Już nawet zdążyłam się ubrać i poczesać. Właśnie zmywałam naczynia, gdy do pokoju wleciał Johny.
-A ty co tu..?- nie dokończyłam, bo mnie uciszył ruchem ręki.
-Cichooo- zawył niemal bezgłośnie.- Jeżeli James mnie znajdzie, to mnie ukatrupi...
-A coś ty mu zrobił?- zapytałam dociekliwie kończąc wycierać patelnię.
-Eee, ujmijmy to tak: wsadziłem mu do kanapki karalucha i chyba właśnie się skapnął.
-Co?!- zdziwiłam się.- O fu! Jesteś okropny!
-Ale to był sztuczny karaluch!- zapewniał mnie.- Ale żebyś widziała jego minę i jak odrzucił tę kanapkę- zaczął się chichrać, a drzwi mieszkanka niemal wyleciały z zawiasów.
-Gdzie jest ten nędznik?!- zawył ze wściekłości James, a John z piskiem ukrył się za mną.
-Bardzo pomysłowe, John. Na serio, podziwiam- odparłam ironicznie.- Normalnie lepszej kryjówki nie mogłeś wymarzyć...
-Mam kobietę z patelnią i nie zawaham się jej użyć!- zagroził ukrywający się za mną chłopak.
-Ej, zaraz, co?!- zapytałam zbita z tropu, a James zbliżył się do mnie, na co z kolei John mocniej wbił swoje paznokcie w moje ramiona, za które mnie trzymał.
-Au!- jęknęłam, bo chyba przebił mi skórę aż do krwi.- Dosyć, oboje się wynosić z tego pomieszczenia, w którym i tak już śmierdzi spalenizną!- rozkazałam unosząc wojowniczo patelnię. James jednym ruchem wyrwał mi ją z rąk, a John w tym samym czasie tylko pisnął, zgrabnie wyminął Jamesa i uciekł głównymi drzwiami.- Ciebie to też się tyczy- warknęłam na wielkoluda, który teraz stał nieporadnie z moją patelnią w dłoniach.
-Ale... ale ja nic nie zrobiłem- spojrzał na mnie maślanym wzrokiem jak skarcony pies.
-Paszoł won mi stąd- wskazałam mu palcem drzwi, którymi wybiegł John.- Tylko wcześniej proszę o zwrot patelni.
-Będziesz musiała mi ją odebrać- uśmiechnął się usatysfakcjonowany, a ja tylko westchnęłam z poirytowaniem...
Komentarze
Prześlij komentarz