Rozdział 6

Katie
Byłam w trakcie oglądania najnowszego odcinka dramy, kiedy do pokoju wparował półnagi Johny-podrywacz.
- Ukryj mnie! - Poprosił rozglądając się po całym pokoju w poszukiwaniu dobrej kryjówki.
- Stało się coś? - Zapytałam się zaskoczona całym zajściem.
- Umówiłem się z dwiema laskami, które się nienawidzą i teraz jest wielka afera. Proszę, ratuuj. - Błagał mnie na kolanach, więc postąpiłam jak sumienie mi podpowiadało.
- No dobra, ale żeby mi to był ostatni raz. Nie możesz się umawiać z dwiema dziewczynami na raz i to bez różnicy czy się lubią czy nie. - Walnęłam mu kazanie na dzień dobry.
- W porządku, w porządku, ale schowaj  mnie gdzieś, gdzie one mnie nie dopadną.
- Wiesz, dziewczyny są raczej niegroźne.
- Niby tak, ale nie te co na co dzień noszą tipsy i znane są z bycia ostrymi. - Wytłumaczył swe obawy o życie.
- Ahaa... - Wydało mi się to co najmniej dziwne, ale jak już zdecydowałam mu pomóc, to się wywiążę. - Możesz się schować szafie, pod stołem, gdziekolwiek... - Zaproponowałam, a ten wlazł do przestronnej szafy., gdzie nawet była wmontowana lampka.
- Dzięki. - Wydobył się głos z meblu.
Powróciłam do przerwanej mi czynności, jednakże nie naoglądałam się zbyt długo, gdyż nagle usłyszałam ogromne buczenie w brzuchu i nie pochodziło ono z mojego ciała.
- Jesteś głodny? - Zapytałam się chytrusa.
- Niee. - Odmówił. Znowu zaburczało mu w brzuchu.
- Na pewno? - Próbowałam jakoś zachęcić go do wyjawienia tej prawdy, którą i tak już znałam.
- Na pewno. - Burzenie nie ustawało. Odwróciłam się plecami, udając, że odchodzę. - Albo wiesz co, możesz mi dać tego dobrego makaronu z kurczakiem, jeśli masz, albo frytki.
- Na chwilę obecną mogę ci jedynie zaproponować czekoladę, ciastka, batoniki, Oreo... - Wymieniałam mu same słodycze, gdyż miałyśmy zaopatrzenie na sytuację wyjątkową zwaną Morze Czerwone, w skrócie "mc".
- Daj cokolwiek. - Poprosił, bo dźwięki pochodzące z jego żołądka stawały się coraz głośniejsze.
- Trzymaj. - Podałam mu do szafy dwa Snickersy i czekoladę Oreo, bo innej nie miałam na zbyciu. - Jak będziesz czegoś jeszcze potrzebował to daj znać.
-Mhmm. - Zgodził się przeżuwając pierwszego batonika.
Johny wcinał jedzenie w szafie, a ja wyczekiwałam tylko momentu,w  którym wparują dwie złośnice poszukujące miejscowego podrywacza. Nie musiałam na szczęście długo czekać, bo po dziesięciu minutach od całego zdarzenia z głodem, wparowały do mego pokoju panny ubrane jak na plaże, ich stroje zakrywały tyle co nic. Johny jednak nie pomylił się co do ich paznokci, gdyż były długie, jak szpony i nie wątpię, mogły rozerwać kogoś na strzępy.
- Gdzie on jest?! - Wrzasnęła oburzona blondyna z tapetą na twarzy, którą trzeba by było szpachlą zdejmować. Chyba trochę za bardzo się wystroiła na tę okazję...
- Ale kto? - Zapytałam zdziwiona, jakbym nie wiedziała o co ani o kogo im chodzi.
- Ty już dobrze wiesz kto mała lafiryndo. Gdzie ukryłaś mego słodkiego pączusia bubusia. Mów mi natychmiast, gdzie jest moje kochanie, to może nie zrobię ci pola minowego na twarzy. - Zażądała.
Głęboko współczułam chłopakowi, właśnie dowiedziałam się, co musiałby przechodzić, gdyby naprawdę się z nią spotkał...
- Nie wiem o kogo ci chodzi i nie będziesz nazywała mnie lafiryndą, kiedy nic o mnie nie wiesz i nawet mnie nie znasz. Jakbyś mogła być tak łaskawa i opuścić mój pokój, byłabym niezmiernie wdzięczna. - Wypchnęłam blondynę, bo brunetka zwinęła się, gdy skojarzyła, że nie ma czego tu szukać.
- No i po krzyku... - Powiedziałam do siebie po cichu. - Johny, możesz już wyjść! - Krzyknęłam do chłopaka, który wciąż znajdował się w mojej szafie.
Kiedy chłopak usłyszał te błogosławione słowa, natychmiast wyleciał z szafy jak oszalały i zaczął mnie całować po całej twarzy w geście wdzięczności. Pierwszy raz w swoim życiu spotkałam się z takim okazywaniem podziękowań.
- Jesteś boginią, nigdy ci tego nie zapomnę. - Dał mi całusa w policzek i wyszedł w pośpiechu, uważając przy tym, by nie zostać zauważonym przez spławione przeze mnie laski. I w taki o to sposób ponownie zostałam sama w przeogromnym pokoju...

Chloe
Co może być gorszego od spotkania z James'em? Wyjście z nim na pizzę...
Już podczas wejścia do lokalu zrobił z nas pośmiewisko mówiąc, że przybyli studenci z odległego kampusu i są głodni. Nie wiem, czy on był pod wpływem narkotyków czy innych środków, ale poczułam się tak zażenowana jak jeszcze nigdy. Gdy już zwróciliśmy na siebie uwagę całej obsługi oraz klientów, zajęliśmy miejsce i złożyliśmy zamówienie. Później było jeszcze gorzej, bo zaczęła się między nami bitwa o pizzę. Oczywiście wyszłam z niej zwycięsko, a James z rozoraną ręką. Cała wojna polegała na wyrywaniu sobie kawałków pizzy z rąk. Chyba nie muszę dodawać kto tę bitwę zapoczątkował. Ja tylko broniłam swojego kawałka...
Po pizzy wróciliśmy do kampusu. Słońce już zdążyło zajść, a na zewnątrz niemal zapanowała Alaska. Dygotałam i szczękałam zębami, dopóki James nie zdjął swojej bluzy z logo naszego uniwerka i mi jej nie założył. Była dla mnie jak sukienka z kapturem. Gdy już byłam w nią zaopatrzona, poczułam na swoich plecach jego ciepłą dłoń. Było to dosyć przyjemne, aczkolwiek strasznie onieśmielające. Jeszcze żaden chłopak nie odważył się położyć swych łapsk na mych plecach. James był pierwszym. Kiedy znaleźliśmy przed moim i Katie pokojem, postanowiłam oddać chłopakowi jego bluzę.
-Trzymaj- powiedziałam ściągając jego własność przez głowę. James jednym ruchem przyciągnął mnie do siebie i czule objął.- C-co ty wyprawiasz?- zapytałam zbita z tropu.
-Tajemnica- mimo iż nie widziałam jego twarzy, mogłam przysiąc, że właśnie wyszczerzył się w głupkowatym uśmiechu.- No, mykaj- w końcu mnie puścił i przy okazji pomógł mi ze ściąganiem bluzy.
-Dzięki, że mi ją pożyczyłeś.
-Nie ma sprawy. Moja ex też była zmarzlakiem- na słowo ,,ex" aż zjeżyły mi się włosy na plecach. (Chłopaki, cenna rada na przyszłość- nie mówcie nam o swoich ex, to nas okropnie wnerwia~ od autorki)
-Pa- pożegnałam się szybko i chwyciłam za klamkę.
-A gdzie całus na pożegnanie?- spojrzał na mnie błagalnie.
-A zasłużyłeś?
-A nie?
-Nie- ucięłam i zniknęłam za drzwiami, gdzie w środku czekała na mnie Katie.
-Gdzie tak długo byłaś? Już wieczór.
-Oj chyba nie chcesz wiedzieć- westchnęłam przechodząc do naszej mini kuchni.
-Aż tak źle?
-Nie wiem- zamyśliłam się trzymając w dłoniach kubek, gdyż miałam zamiar zrobić sobie herbatę.- Z jednej strony podoba mi się on, ale z drugiej... Jest dosyć ekscentryczny.
-Kto? James?- zgadywała, a ja przytaknęłam.
-Coś się ciekawego działo?- wróciłam do robienia sobie herbaty.- Chcesz herbatkę?
-Tak. I tak- zaśmiała się.- Przybył do nas Johny we własnej półnagiej osobie- pochwaliła się i w skrócie opowiedziała o całym zajściu. Obie ryłyśmy jak głupie, dopóki ktoś nie zapukał do naszych drzwi...


Komentarze