Prolog
Chloe
Wszystko zaczęło się, gdy miałam szesnaście lat. Między rodzicami zaczęło dochodzić do zgrzytów, a mój starszy brat uzależnił się od kokainy. Obowiązek opiekowania się młodszym rodzeństwem spadł na mnie. Na początku mi aż tak to nie przeszkadzało, bo czułam, że to naturalna kolej rzeczy, lecz po roku poczułam, że zaczęło mnie to przerastać. Młodsi przestawali się mnie słuchać, tata zwyczajnie spakował swoje rzeczy i wyprowadził się z domu, a mama została załamana razem z nami. Noah przez kilka dni pod rząd nie wracał do domu, a jak już wracał, to naćpany niemal do nieprzytomności. Byłam pod wrażeniem, że jeszcze zdołał doczołgiwać się do domu. Zdarzało się też, że odbierałam telefony ze szpitala, gdzie znalazł się mój starszy brat- narkoman.
Rzadko wychodziłam z domu. Nie dlatego, że nie lubiłam, wynikało to z trzech prostych czynników: nie miałam czasu, pieniędzy, ani tym bardziej znajomych. Wszyscy wiedzieli z jakiej rodziny pochodzę i mnie unikali. Bywało też czasami, że pod szkołą czekał na mnie tata, aby wypytać się szczegółowo o mamę. Któregoś dnia nie wytrzymałam i nawrzeszczałam na niego, że jest tchórzem i jak tak bardzo się o nią martwi, to niech w końcu zbierze się na odwagę i do nas przyjdzie. Wtedy widziałam go po raz ostatni.
Co do mamy, była wrakiem człowieka, zupełnie jak mój starszy brat. Chociaż ona nie ćpała, tylko cierpiała, a przez to zaniedbywała dom, siebie i nas. Jednak nadszedł ten dzień, gdy już nie dała rady dłużej tego ciągnąć i próbowała popełnić samobójstwo. Chwała mojemu o rok młodszemu bratu, że ją wtedy w porę powstrzymał. Od razu zadzwonił do mnie, a ja zwolniłam się z lekcji, by po chwili móc porozmawiać z matką na osobności. Może i nie jestem psychologiem, ale w tamtej chwili wiedziałam, że po prostu ma depresję, a to trzeba leczyć. Sprowadziłam dziadków do naszego domu, którzy jeszcze byli w miarę witalni, by pomogli mi w utrzymaniu porządku w mieszkaniu oraz z doglądaniem maluchów i mamy. A co do mojego rodzeństwa. Całe moje młodsze rodzeństwo, prócz Patricka, który był ode mnie młodszy o rok, nie chciało się mnie słuchać i próbowało robić mi na złość. Na przykład nie ścieląc łóżek, nie sprzątając pokoi, ani nawet nie zmywając po sobie naczyń. Jednak nadeszła ta chwila, gdy już nie dawałam rady, nawet przy pomocy dziadków. Do matury został już tylko tydzień, przez co potrzebowałam więcej czasu do nauki, a w domu czekała na mnie banda rozszalałych bachorów, brat ćpun i chora na depresję matka, którą trzeba było cały czas pilnować...
Katie
Moje życie było pełne nieszczęść od kiedy tylko pamiętam. Zawsze komuś działa się krzywda, zazwyczaj ofiarą byłam ja, mimo ze miałam wysokie stopnie i nie mogłam narzekać na to, że wyglądam jak jakiś potwór. widziałam, mówiłam, chodziłam o własnych nogach, więc czego mogłam chcieć, co mi wiecznie nie pasowało? Brak przyjaciół, miłości i zrozumienia. Zawsze naciskano na moje wykształcenie, miałam być idealna, nieskazitelna, doskonała, ale nie potrafiłam. Zawsze szło mi coś nie tak i nie kończyło się to zbyt dobrze. Nie lubiłam być idealną córeczką rodziców, ale nie mogłam inaczej. Co ja bym zrobiła bez nich. Tak naprawdę nie umiałam nic innego poza uczeniem się, jedynie w tym byłam dość dobra, by się na tle ludzi wyróżniać. Na szczęście istniał jeden dzień, który mógł mnie wybawić od tego wszystkiego, dzień pójścia na studia. Nie mogłam się go doczekać od kiedy dowiedziałam się, że studiowanie może uratować mnie spod klosza apodyktycznych żywicieli. Od tamtej pory nie pozwalałam sobie na chwilę oddechu i dzięki temu przeszłam przez ostatnią klasę liceum bez żadnych względnych upadków. Od czasu do czasu traciłam jeden punkt na egzaminie, ale z racji, że uzyskiwałam najwyższy wynik w klasie, wstawiano mi najwyższą notę, więc rodzice nie męczyli mnie o to, dlaczego nie mam szóstki zamiast piątki z plusem. Z nadzieją w sercu przebrnęłam przez maturę i z racji niemalże maksymalnych wyników z każdego zdawanego przedmiotu, mogłam wybrać dowolną uczelnie, tak daleko jak mi się podoba. Mimo że nie pochwalali mojej wyprowadzki do akademika do obcego miasta bądź kraju, to nie mogli mnie zatrzymać, gdyż złożyli obietnicę, a z obietnic zawsze się wywiązywali. Wybrałam leżące od Bostonu niecałe trzy tysiące mil miasto Dublin znajdujące się w Irlandii. Moje życie stało się piękniejsze w dniu wyprowadzki, rodzice pomogli mi się spakować, nawet odwieźli mnie na lotnisko, jednakże nie okazywali przy tym zbyt wielu uczuć. Byli surowi w każdym aspekcie życia, a przede wszystkim w części emocjonalnej. Ich twarze były albo kamienne, albo wyrażały złość, czasem zdobywali się na jakiś grymas, kiedy już musieli, ale nie było to nigdy na długo. Chłód bił od nich na kilometr i ciężko było zaprzeczyć od kogo mógł on pochodzić. Na nieszczęście dla nich nie byłam w żadnym stopniu do nich podobna, poza faktem, że miałam smykałkę do szybkiego przyswajania wiedzy, ale to także musiałam wyćwiczyć. W każdym razie w dniu mego wyjazdu też nie przywiązywali wagi do tego, jak będzie mi się tam powodzić i czy poradzę sobie w nowym środowisku. Od początku do końca było zakładane, że wszystko będzie w porządku i nie istnieje inna możliwość.
Przesiedziałam kilka godzin w samolocie oczekując na wylądowanie w Dublinie, skąd miała odebrać mnie moja matka chrzestna, która przeprowadziła się do Irlandii ze swoim mężem kilka lat wcześniej. Oboje mieli stałą pracę i własny dom na przedmieściach. Nie brakowało im niczego poza dziećmi, których mieć nie mogli, chyba że adoptowane, ale póki istniała minimalna szansa, starali się o własnego potomka. Dla mojej matki chrzestnej byłam zawsze niemalże jak córka, wiele razy się mną opiekowała przed przeprowadzką kiedy byłam mała, a rodzice musieli zostać dłużej w pracy. To był najpiękniejsze chwile w moim życiu i nigdy ich nie zapomnę.
Teraz był czas, gdy miała zacząć żyć własnym życiem i w końcu móc popełniać błędy...
Rzadko wychodziłam z domu. Nie dlatego, że nie lubiłam, wynikało to z trzech prostych czynników: nie miałam czasu, pieniędzy, ani tym bardziej znajomych. Wszyscy wiedzieli z jakiej rodziny pochodzę i mnie unikali. Bywało też czasami, że pod szkołą czekał na mnie tata, aby wypytać się szczegółowo o mamę. Któregoś dnia nie wytrzymałam i nawrzeszczałam na niego, że jest tchórzem i jak tak bardzo się o nią martwi, to niech w końcu zbierze się na odwagę i do nas przyjdzie. Wtedy widziałam go po raz ostatni.
Co do mamy, była wrakiem człowieka, zupełnie jak mój starszy brat. Chociaż ona nie ćpała, tylko cierpiała, a przez to zaniedbywała dom, siebie i nas. Jednak nadszedł ten dzień, gdy już nie dała rady dłużej tego ciągnąć i próbowała popełnić samobójstwo. Chwała mojemu o rok młodszemu bratu, że ją wtedy w porę powstrzymał. Od razu zadzwonił do mnie, a ja zwolniłam się z lekcji, by po chwili móc porozmawiać z matką na osobności. Może i nie jestem psychologiem, ale w tamtej chwili wiedziałam, że po prostu ma depresję, a to trzeba leczyć. Sprowadziłam dziadków do naszego domu, którzy jeszcze byli w miarę witalni, by pomogli mi w utrzymaniu porządku w mieszkaniu oraz z doglądaniem maluchów i mamy. A co do mojego rodzeństwa. Całe moje młodsze rodzeństwo, prócz Patricka, który był ode mnie młodszy o rok, nie chciało się mnie słuchać i próbowało robić mi na złość. Na przykład nie ścieląc łóżek, nie sprzątając pokoi, ani nawet nie zmywając po sobie naczyń. Jednak nadeszła ta chwila, gdy już nie dawałam rady, nawet przy pomocy dziadków. Do matury został już tylko tydzień, przez co potrzebowałam więcej czasu do nauki, a w domu czekała na mnie banda rozszalałych bachorów, brat ćpun i chora na depresję matka, którą trzeba było cały czas pilnować...
Gdy tylko skończyła się matura, spakowałam swoje rzeczy i wyprowadziłam się z domu. Dziadkowie nie mieli nic przeciwko. Wiedzieli, że wzięłam na swoje barki zbyt wielkie obciążenie oraz, że należy mi się normalne życie. Przed wyjazdem dali mi całkiem niezłą sumkę pieniędzy, abym miała jakiś dobry start w życiu.
Przeprowadziłam się do Dublina, a to dość daleko jak dla nastolatki z Galway. Na początku przerażało mnie to, że zupełnie nie wiedziałam, w którą stronę powinnam iść, lecz po tygodniu zaczęłam rozróżniać niektóre dzielnice. Zamieszkałam w akademiku nieopodal jednego z uniwersytetów, do którego między innymi składałam podanie. Miałam tylko nadzieję, że zostanie ono pozytywnie rozpatrzone...
Przeprowadziłam się do Dublina, a to dość daleko jak dla nastolatki z Galway. Na początku przerażało mnie to, że zupełnie nie wiedziałam, w którą stronę powinnam iść, lecz po tygodniu zaczęłam rozróżniać niektóre dzielnice. Zamieszkałam w akademiku nieopodal jednego z uniwersytetów, do którego między innymi składałam podanie. Miałam tylko nadzieję, że zostanie ono pozytywnie rozpatrzone...
Katie
Moje życie było pełne nieszczęść od kiedy tylko pamiętam. Zawsze komuś działa się krzywda, zazwyczaj ofiarą byłam ja, mimo ze miałam wysokie stopnie i nie mogłam narzekać na to, że wyglądam jak jakiś potwór. widziałam, mówiłam, chodziłam o własnych nogach, więc czego mogłam chcieć, co mi wiecznie nie pasowało? Brak przyjaciół, miłości i zrozumienia. Zawsze naciskano na moje wykształcenie, miałam być idealna, nieskazitelna, doskonała, ale nie potrafiłam. Zawsze szło mi coś nie tak i nie kończyło się to zbyt dobrze. Nie lubiłam być idealną córeczką rodziców, ale nie mogłam inaczej. Co ja bym zrobiła bez nich. Tak naprawdę nie umiałam nic innego poza uczeniem się, jedynie w tym byłam dość dobra, by się na tle ludzi wyróżniać. Na szczęście istniał jeden dzień, który mógł mnie wybawić od tego wszystkiego, dzień pójścia na studia. Nie mogłam się go doczekać od kiedy dowiedziałam się, że studiowanie może uratować mnie spod klosza apodyktycznych żywicieli. Od tamtej pory nie pozwalałam sobie na chwilę oddechu i dzięki temu przeszłam przez ostatnią klasę liceum bez żadnych względnych upadków. Od czasu do czasu traciłam jeden punkt na egzaminie, ale z racji, że uzyskiwałam najwyższy wynik w klasie, wstawiano mi najwyższą notę, więc rodzice nie męczyli mnie o to, dlaczego nie mam szóstki zamiast piątki z plusem. Z nadzieją w sercu przebrnęłam przez maturę i z racji niemalże maksymalnych wyników z każdego zdawanego przedmiotu, mogłam wybrać dowolną uczelnie, tak daleko jak mi się podoba. Mimo że nie pochwalali mojej wyprowadzki do akademika do obcego miasta bądź kraju, to nie mogli mnie zatrzymać, gdyż złożyli obietnicę, a z obietnic zawsze się wywiązywali. Wybrałam leżące od Bostonu niecałe trzy tysiące mil miasto Dublin znajdujące się w Irlandii. Moje życie stało się piękniejsze w dniu wyprowadzki, rodzice pomogli mi się spakować, nawet odwieźli mnie na lotnisko, jednakże nie okazywali przy tym zbyt wielu uczuć. Byli surowi w każdym aspekcie życia, a przede wszystkim w części emocjonalnej. Ich twarze były albo kamienne, albo wyrażały złość, czasem zdobywali się na jakiś grymas, kiedy już musieli, ale nie było to nigdy na długo. Chłód bił od nich na kilometr i ciężko było zaprzeczyć od kogo mógł on pochodzić. Na nieszczęście dla nich nie byłam w żadnym stopniu do nich podobna, poza faktem, że miałam smykałkę do szybkiego przyswajania wiedzy, ale to także musiałam wyćwiczyć. W każdym razie w dniu mego wyjazdu też nie przywiązywali wagi do tego, jak będzie mi się tam powodzić i czy poradzę sobie w nowym środowisku. Od początku do końca było zakładane, że wszystko będzie w porządku i nie istnieje inna możliwość.
Przesiedziałam kilka godzin w samolocie oczekując na wylądowanie w Dublinie, skąd miała odebrać mnie moja matka chrzestna, która przeprowadziła się do Irlandii ze swoim mężem kilka lat wcześniej. Oboje mieli stałą pracę i własny dom na przedmieściach. Nie brakowało im niczego poza dziećmi, których mieć nie mogli, chyba że adoptowane, ale póki istniała minimalna szansa, starali się o własnego potomka. Dla mojej matki chrzestnej byłam zawsze niemalże jak córka, wiele razy się mną opiekowała przed przeprowadzką kiedy byłam mała, a rodzice musieli zostać dłużej w pracy. To był najpiękniejsze chwile w moim życiu i nigdy ich nie zapomnę.
Teraz był czas, gdy miała zacząć żyć własnym życiem i w końcu móc popełniać błędy...
Komentarze
Prześlij komentarz